Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Sekcja edukacyjna GRH Gorlice 1915

Kilka słów o genezie i przebiegu bitwy pod Gorlicami

2 V 2012 r. minie kolejna rocznica pamiętnej bitwy pod Gorlicami. Tyle już czasu upłynęło od dnia, który w pamięci naszych rodaków kojarzy się z zagładą miasta, tragedią tysięcy ludzi, mogiłami żołnierskimi usianymi od Magury po Tuchów.

Niestety, pamięć ludzka nie jest trwała. Odchodzą na zawsze ostatni już świadkowie tamtych wydarzeń, a młodzi coraz obojętniej patrzą na wojenne cmentarze. I dlatego dobrze się stało, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat wielu cmentarzom z I wojny światowej przywrócono wcześniejszy, okazały wygląd, łatwiej je odnaleźć, wzbogacić o nich wiedzę. Dobrze, że Gorlickie Muzeum Regionalne gromadzi i eksponuje to, co udało się uratować dla potomnych. Chwała też tym, którzy zaangażowali się w przypominanie światu, Polsce, a przede wszystkim mieszkańcom ziemi gorlickiej, dlaczego nazwa naszego miasta wymieniana jest obok Marny i Verdun we wszystkich podręcznikach historii XX w.

Nie szkodzi, że rocznica nie jest "okrągła". Gdybyśmy czekali aż do 2015 roku, wiele pamiątek przepadłoby bezpowrotnie. Cmentarze uległyby dalszej dewastacji, a zobojętnienie przybrałoby może jeszcze większe rozmiary.

2 V 1915 r. walczyli pod Gorlicami żołnierze wielu narodów, którzy często wbrew swojej woli, musieli "za cesarza" czy "za cara" zabijać się wzajemnie. Ich prochy kryje nasza gorlicka ziemia. Na mogiły przyjeżdżają Austriacy, Niemcy, Węgrzy i Rosjanie. Oczywiście nie brak i Polaków. Szukają śladów, robią zdjęcia, palą znicze. Chcą się u nas zatrzymać i tak jak my ze wzruszeniem wypowiadamy słowo Monte Cassino, tak oni reagują na nazwę Gorlice. A miarą kultury narodu jest jest także jego troska o cmentarze własne i groby obcych.

Może uczczenie omawianej rocznicy rozbudzi nasze sumienia? Może wpłynie pozytywnie na rozwój kontaktów międzynarodowych, turystyki? A zaduma nad mogiłami niedawnych wrogów wypleni z nas resztki nietolerancji i nacjonalizmu?

Na temat bitwy pod Gorlicami napisano już wiele książek w kraju i za granicą. Niesłabnącą popularnością cieszy się dziennik ks. Bronisława Świeykowskiego "Z dni grozy w Gorlicach" opisujący losy miasta i jego mieszkańców w czasie, kiedy znajdowało się ono na samej linii frontu.

Dociekliwi szperacze, którzy lubią liczne szczegóły, mogą sięgnąć po naukowe opracowania autorstwa prof. Mariana Zgórniaka, Michała Klimeckiego i innych.

Niniejszy szkic ma charakter popularyzatorski. Chcemy, by nasi rodacy poznając historię swej "małej ojczyzny", z poczuciem dumy włączyli się do godnego uczczenia kolejnej rocznicy tragicznego maja 1915 r.

Przed wybuchem I wojny światowej Gorlice były średniej wielkości miastem powiatowym. Żyło w nim blisko 7 tys. mieszkańców. Chlubą grodu było gimnazjum, szpital na 100 łóżek, Powiatowa Kasa Oszczędności. Miały tu siedzibę liczne instytucje i towarzystwa, m.in. Polskie Towarzystwo Gimnastyczne "Sokół". Przemysł naftowy dawał pracę wielu mieszkańcom miasta i okolicznych wiosek. Nie wszyscy więc odczuwali przysłowiową "nędzę galicyjską".

Warto przypomnieć, że był to okres, kiedy Polacy nie mieli własnego państwa. Od I rozbioru (1772 r.) Gorlice należały do Austrii. Jednak w porównaniu do pozostałych zaborców - Niemców i Rosjan, Austriacy byli dla nas stosunkowo łagodni i tolerancyjni.

Pod koniec XIX w. nie przeszkadzali już w pielęgnowaniu polskiej kultury, historii, języka. Z kolei nasi pradziadkowie z szacunkiem odnosili się do cesarza austriackiego Franciszka Józefa I, a z kronik szkolnych czy pamiętników dowiadujemy się, że na wojsko austriackie mówili "nasi żołnierze". I chociaż na pewno tęskinili za własną, wolną Ojczyzną to na ogół spodziewali się rychłego spełnienia swoich marzeń.

Nadszedł pamiętny rok 1914. Już od kilku lat Europa była podzielona na dwa wrogie obozy. Zaprzyjaźnione ze sobą Niemcy i Austro-Węgry z racji swego położenia w Europie nazwano państwami centralnymi. Przeciw nim związały się sojuszami Francja, Anglia i Rosja. Póżniej w trakcie wojny obie walczące strony dobierały sobie coraz to nowych sojuszników, a walki objęły również terytoria zamorskie.

Przyczyn konfliktów nie brakowało, ale najważniejsze wynikały z zachłanności państw najbogatszych. Jeden drugim zazdrościły kolonii, surowców i rynków zbytu.

Niemcy, których terytorium było położone między wrogimi dla nich państwami Francją i Rosją, obawiały się wojny na dwa fronty. I dlatego już dawno miały opracowany tzw. Plan Schliffena zakładający przeprowadzenie "wojny błyskawicznej". Zamierzały pokonać Francję, zanim Rosja, kraj gospodarczo opóźniony, włączy się do wojny. Po zwycięstwie na zachodzie Niemcy planowały przerzucić swoje siły na wschód, przeciwko Rosji i doprowadzić do jej rozbicia. Tak więc zamiast walczyć z Francją i Rosją równocześnie, chciały pobić te państwa po kolei.

O pretekst do wojny w zwaśnionym świecie było łatwo. W czerwcu 1914 roku Serb zabił w Sarajewie austriackiego następcę tronu. Miesiąc później Austro-Węgry, niby "szukając sprawiedliwości", zaatakowały Serbię. Po jej stronie stanęła Rosja i ogłosiła mobilizację. Wykorzystali to Niemcy, którzy 1 VIII 1914 roku wypowiedzieli jej wojnę. W ciągu tygodnia koflikt ogarnął całą Europę, bo poszczególne kraje z wrogich obozów wypowiadały sobie wzajemnie wojnę. Zgodnie z omawianym wyżej planem, Niemcy zaatakowali błyskawicznie Francję, kierując tam swoje główne siły. Przeciw Rosji na terenie Prus Wschodnich, czyli obecnie polskich Mazur, zostawili oni tylko jedną armię. Liczyli również na to, że tu u nas w Galicji, Austriacy sami potrafią zatrzymać wojska carskie.

Tymczasem niemieckie plany zawiodły. Francja okazała się zbyt silna i mimo zażartych walk nad rzeką Marną, Niemcy nie zdobyli Paryża. Rozpoczęła się tam długotrwała, wyczerpująca wojna pozycyjna, prowadzona z okopów.

Nie popisali się też Austriacy, którym nie udało się zatrzymać pięciu armii rosyjskich. W ciągu sierpnia i września 1914 r. wojska carskie zajmując Lwów, Rzeszów i Jasło podeszły aż pod Biecz i opanowały większą część Galicji. Długo bronił się tylko Przemyśl.

Przenieśmy się teraz do Gorlic, by wczuć się w atmosferę tamtych dni 1914 r. Młodzi mężczyźni, jako poddani cesarza Franciszka Józefa, musieli przywdziać austriackie mundury i iść na front. Życzono im zwycięstwa, ale jak już wspomniałem, początek wojny nie był pomyślny dla "naszego wojska". W ciągu kilku miesięcy stracili oni 300 tys. żołnierzy. Od wschodu przybywali uchodźcy, którzy opowiadali o Rosjanach nieprawdopodobne rzeczy. Budziło to niepokój. I jak zwykle w takich wypadkach, wykupiono żywność, której ceny rosły z dnia na dzień. Najbardziej płochliwi, a majętni pakowali walizki i wyjeżdżali za Karpaty lub za Kraków, gdzie nie spodziewano się dojścia Rosjan. Wynajęcie furmanki przekraczało możliwości finansowe niejednej rodziny. Przerwano naukę w szkołach, których budynki austriacy przeznaczyli na szpitale. Stanęła fabryka w Gliniku. Pojawiły się pierwsze przypadki cholery. W nerwowym pośpiechu część władz miasta opuściła Gorlice.

W tym pełnym niepewności okresie Opatrzność czuwała jednak nad naszym miastem. 25 IX jego burmistrzem został ksiądz Bronisław Świeykowski. Ten pasterz do końca pozostał ze "swoimi owcami". Był potrzebny, by podtrzymywać swoich rodaków nie tylko na duchu. Wielokrotnie z narażeniem życia stawał w obronie swoich podopiecznych. Miał odwagę protestować lub wstawiać się u rosyjskich komendantów miasta, gdy naszym działa się krzywda. Wielu uratował od śmierci.

Na jego skromnym grobie często palą się znicze. Szkoda, że tak rzadko można przy nim spotkać ludzi młodych. Dobrze, że chociaż jedną z naszych ulic ochrzczono Jego imieniem, a w Ratuszu postawiono mu okazały posąg.

15 XI Rosjanie weszli w końcu do Gorlic i popędzili wojsko austro-węgierskie aż pod Kraków. Po kilku klęskach wycofali się jednak na wschód, oddając 12 XII nasze miasto wojskom Franciszka Józefa. Dwa tygodnie później byli u nas z powrotem. Tym razem na dłużej. Ta druga rosyjska "inwazja" trwała aż 126 dni.

Nasi rodacy odczuli ją szczególnie ciężko. Przez całą bowiem zimę i wiosnę, aż do słynnej bitwy majowej, Gorlice leżały na linii frontu. Na zachód od linii: Magury Małastowskiej, Sękówki, zachodnich krańców Gorlic, poprzez Mszankę, łużną, po Gromnik byli Austriacy. Na wschód od niej Rosjanie. Miejscami okopy jednych i drugich wojsk były oddalone od siebie zaledwie o 400m. Austriacka artyleria rozlokowana m. in. w Szymbarku, łosiu, czy Bystrej przez 4 miesiące prawie bez przerwy strzelała w pozycje rosyjskie. Doprowadziło to do ogromnych zniszczeń. W gruzach legły nasze domy i z takim trudem wzniesione obiekty. Gorlicki kościół został zburzony jeszcze w styczniu. Wybuchy pocisków, granatów, ciągłe pożary, jęki rannych, coraz to nowe ofiary i rozpacz po utracie bliskich to obraz dnia powszedniego. Po bombardowaniu cmentarza szczątki trupów z rozbitych grobów leżały 80 metrów od jego ogrodzenia. Ponieważ wstęp na cmentarz był zabroniony, ludzie grzebali zabitych na podwórkach własnych domów. Budynki zamieniły się w ruiny bez dachów i okien. Najbezpieczniej było w piwnicach. Szyby popękały już dawno, więc ludzie zatykali okna materacami (była przecież zima) i siedzieli po ciemku jak "jaskiniowcy" (tak nazywał ich żartobliwie ks. Świeykowski) czekając Bożego miłosierdza. Gdyby nie ksiądz burmistrz, który z narażeniem życia organizował dostawy mąki jedyną parą koni aż z Biecza czy nawet Jasła, to ludzie poumieraliby chyba z głodu.

Grozę budziło zachowanie żołnierzy w mieście. Jak opisuje ksiądz Świeykowski, rewizje, rabunki i gwałty był na porządku dziennym. Ludzie z piwnic nie mogli przecież upilnować swego dobytku. Typową metodą był terror i zastraszenie. To przecież w tamtym okresie zginęła pod Tarnowem błogosławiona Karolina Kóskówna. Dla sprawiedliwości wypada jednak dodać, że tak jak w każdym narodzie, tak i sród narodów walczącyh w rosyjskich mundurach nie brakowało ludzi szlachetnych, na co przykłady przytacza autor "Z dni grozy w Gorlicach".

Spójrzmy teraz na europejski teatr wojenny. Niemcom nie udała się wojna błyskawiczna. Ich wojskowi opracowali więc plan, który zakładał, że skoro nie udało się rzucić na kolana Francji, trzeba zadać miażdżący cios jej partnerce Rosji. Gdyby udało się ją wyeliminować z wojny, całą uwagę mogliby Niemcy skupić na froncie zachodnim. Ponieważ jednak austriackie wojska same nie potrafił pokonać Rosjan, należało do Galicji przerzucić część wojsk niemieckich z Francji!

Przedstawiony wyżej pomysł to geneza bitwy pod Gorlicami. Do kwietnia 1915 r. po austriackiej stronie frontu od Magury przez Gorlice po Gromnik walczyły dwie armie austriackie liczące łącznie ponad sto tysięcy żołnierzy. Teraz, w tajemnicy przed Rosjanami została z Zachodu sprowadzona nowa, 11. Armia niemiecka (generała von Mackensena) i rozmieszczona pomiędzy wspomnianymi armiami austriackimi. Miała ona stać się głównym "młotem uderzeniowym" na wojska carskie. Oprócz najlepszych żołnierzy niemieckich zahartowanych w bojach z Francuzami, w skład 11 armii wchodził VI korpus austro-węgierski znany z tego, że jego połowę stanowiła 12 dywizja piechoty złożona głównie z Polaków. Jej pułki wywodziły się z okolic rodzinnego miasta Papieża Wadowic oraz Cieszyna, Nowego Sącza i Tarnowa. Ta "polska" dywizja w austriackich mundurach w pamiętnym dniu 2 V stoczyła zwycięską, lecz okupioną ogromnymi stratami walkę na wzgórzu Pustki w Łużnej.

Nie sposób nie wspomnieć, że dowódcą 100. "cieszyńskiego" pułku piechoty był Franciszek Latinik, późniejszy generał, bohaterski obrońca Polski przed najazdem bolszewickim w 1920 r., a dowódcą Brygady Artylerii nie mniej sławny gen. Tadeusz Rozwadowski.

Podczas gdy na omawianym odcinku frontu połączone siły niemiecko-austriackie miały około 217 tys. żołnierzy i ponad 1000 dział, wojska carskie liczyły zaledwie 80 tys. żołnierzy i 200 dział. Rosjanie dowodzeni przez gen. Radko Dymitrowa byli więc 2-3 razy słabsi. Niemcy też górowali nad Rosjanami technicznie. Mieli doskonały sprzęt łącznościowy, wykorzystywali balony z załogą, które rozszyfrowały lokalizację sił rosyjskich. Artyleria niemiecka była znana ze swojej siły w całej Europie. Dodać również wypada, że spore ilości wojsk carskich, z myślą o przebijaniu się przez Karpaty na Węgry rozlokowane były w górach. Ułatwiło to Niemcom późniejsze odcięcie tych sił i zmuszenie do kapitulacji.

2 V 1915 r., o godz 6 rano ponad tysiąc dział (w tym słynne budzące grozę moździerze o średnicy 305 mm) rozpoczęło potężny ostrzał rosyjskich pozycji na pierwszej linii. Wydawało się, że nastał sądny dzień. Dymy z płonącej rafinerii przykryły niebo. Huk wybuchów zlewał się w jeden nieprzerwany grzmot. Ziemia drżała od eksplozji. Wszędzie był tylko ogień i dym.

A w mieście? Ks. Świeykowski zapisał, iż "wszystkie domy stanęły w płomieniach. Mieszkańcy piwnic w tych palących się domach pozbierawszy ostatnie dobytki mienia swego w najwyższym przerażeniu dusząc się w dymie przepełniającym cały Rynek, wbiegli do Magistratu. (...) Krzyk dzieci, jęki tych, którzy wszystko utracili (...) wszystko razem przedstawiało piekło dantejskie.

Po czterech godzinach, gdy wydawało się, że w rosyjskich okopach nie ma już jednej żywej duszy, Niemcy wydłużyli ogień z dział, a do szturmu ruszyła piechota. Napotkała ona jednak na niespodziewanie silny opór wojsk rosyjskich. W okolicach Zawodzia oraz na wzgórzu 357 czyli na Górze Cmentarnej (nad obecnym Osiedlem Korczak) a sczególnie na znajdującym się na jej zachodnim stoku cmentarzu żydowskim, dochodziło do gwałtownych walk na bagnety. Niemcy mieli jednak przewagę liczebną i górowali siłą ognia.

Płonące miasto powoli przechodziło w ręce atakujących. Z kryjówek zburzonych domów i z budynku Magistratu zaczęli wychodzić oniemieli ze strachu ludzie.

Podobne zacięte walki trwały wzdłuż całej linii frontu od Magury po Gromnik. Do zażartych walk wręcz dochodziło na pustkach w Łużnej i na Wiatrówkach w Mosczenicy. Zaciekle bronili się Rosjanie w Zagórzanach i Staszkówce. Bezskutecznie.

Kilka dni później Niemcy byli już Jaśle i Krośnie prąc dalej na wschód. W czasie tych walk Rosjanie stracili ok. 150 tys. żołnierzy (zabici, ranni i wzięci do niewoli). Ich zupełna klęska była nie do uniknięcia.

Miejsca bitew znaczy ponad 90 cmentarzy wojennych, które na trwałe wrosły w nasz beskidzki krajobraz. Budowali je zwycięzcy angażując talenty ludzkie i nie skąpiąc pieniędzy. Eksponowali swoją Wiktorię okupioną śmiercią dziesiątek tysięcy istnień ludzkich. Niektóre z nich to istne dzieła sztuki autorstwa znakomitych architektów i plastyków tamtego okresu. Do najbardziej znanych należą: cmentarz Nr 91 w Gorlicach (na Korczaku), Nr 80 w Sękowej Nr 123 na Pustkach w Łużnej (gdzie spoczywa wielu Polaków ze wspomnianej 12 dywizji) i Nr 118 w Staszkówce. Spoczywają tam żołnierze wielu narodów. Na tablicach nagrobnych niemało jest polskich nazwisk. Nasz los bowiem był szczególnie tragiczny. Musieliśmy w obcych mundurach walczyć po obu stronach frontu. Polak w mundurze austriackim czy niemieckim musiał zabijać Polaka w mundurze rosyjskim.

Gdyby nie wojna, gdyby nie buta i egozim władców, ci ludzie nigdy nie musieliby do siebie strzelać. Wzruszające i pełne optymizmu było to, że w czasie świąt z wrogich okopów wychodzili żołnierze, by łamać się opłatkiem lub dzielić święconym jajkiem. Oni chcieli być normalnymi ludźmi, mieli rodziny, kochali i tęsknili. Dziś leżą obok siebie. Nad ich mogiłami przychodzą na myśl słowa Mickiewicza: Tam i ci co bronili, - i ci co się wdarli, pierwszy raz pokój szczery i wieczny zawarli.

Więc nie dzielmy ich na lepszych i gorszych. Byli po prostu ludźmi, ofiarami wojny. Pozostali na zawsze na naszej gorlickiej ziemi. Sprawmy, by nieubłagany czas, a może i nasze niedbalstwo, nie wymazały ich z ludzkiej pamięci.

A Gorlice? W te pamiętne zimowe i wiosenne miesiące 1915 r. obumarły, aby później żyć. To również z ich ofiary powstała niepodległa Polska. Rosjanie od czasu bitwy pod Gorlicami już ciągle byli stroną przegrywającą. W końcu, gdy niezadowolenie z powodu klęsk i biedy sięgneło zenitu, W Rosji wybuchły rewolucje, które doprowadziły do upadku najgroźniejszego z naszych zaborców. Był to ważny krok do odzyskania wolności przez naszą Ojczyznę.

A na największym z cmentarzy w Gorlicach nr 91 na potężnym krzyżu, zawieszono w 1928 r. po wsze czasy tablicę ze słowami:

"Braciom Polakom, żołnierzom państw zaborczych, walczących w obcych mundurach, lecz za polską sprawę, poległym na pobojowiskach gorlickich w latach 1914-1915, napis ten kładą w wyzwolonej Polsce wdzięczni Rodacy."

Mieczysław Śliwa